Odezwać się czy siedzieć cicho?

Rozgrywka się zaczyna… Pierwsze wybory, pierwsze przeliczania, przewidywania, analizy. Wreszcie pierwszy ruch!

I nagle ktoś się odzywa – Ale tu miałeś lepsze posunięcie… Zobacz, robiąc to tak i tak możesz zdobyć lepszą pozycję!

Otóż to! Odzywać się czy siedzieć cicho w czasie rozgrywki?

Pierwsze rozgrywki w nowoczesne planszówki prowadziłem zgodnie z wiekopomną zasadą karciarzy, wyrażoną dosadnie przez dobrego wojaka Szwejka – „Stul kibicu paszczę, bo ci w nią…”. Co prawda oryginalnie była ona  wprost skierowana przeciw kibicom, ale nad planszą czasem pauzujący gracze są w podobnej roli.

Po objaśnieniu zasad praktycznie nad planszą zapadała cisza. Nie komentowaliśmy swoich ruchów, aż do podliczenia wyników. Oczywiście, z uwagi na zwyczajową rolę prezentującego zasady, partie nie przebiegały aż tak cicho, ale jednak.

Pierwszym sygnałem, że coś może być nie tak, była partia Sabotażysty. Dokładamy te karty, blokujemy konkurencję, ale coś gra nie trybi! Ekipa przyzwyczajona do cichej gry została, łącznie ze mną(!), zaskoczona nową mechaniką – przecież powinniśmy, ba! musimy rozmawiać, aby skutecznie grać.

I tak zaczęło się pewne przełamanie w sprawie gadania…

Spotkania planszówkowe w innym towarzystwie – Pionki, Gralicje itp. – pomału pokazywały mi, że gra z aktywną rozmową ma swoją nową wartość. W szczególności w pamięci zapadły mi rozgrywki w gościnnym domu Leguna. Grając – cały czas mówił! Po chwili dopiero do mnie dotarło, że po prostu usiłuje manipulować nami, aby osiągnąć lepszy wynik. Szczwany lis!

Oczywiście są takie gry – teraz to już wiem – gdzie negocjacje są koniecznością, istotą mechaniki. Ale nie o takim gadaniu chcę tu pisemnie podumać…

Jak traktować rozgrywkę, w której gracz lub gracze starają się wpływać na decyzje innych.

Subtelnie wpływać. A to rozważając głośno rady co do optymalnych ruchów. A to snując wizje rozwoju sytuacji. Dziwnym zbiegiem okoliczności jakoś zawsze tak, że zastosowanie się do takich rad skutkuje jakimiś korzyściami dla życzliwego.

Z jednej strony bywa to irytujące, bo taki Wujek Dobra Rada może zdominować partię. Z drugiej strony gra staje się częścią metagry rozgrywającej się pomiędzy graczami, którzy muszą odpowiednio zareagować na takie sugestie. Kto zbuduje bardziej obiecującą wizję, przekona o daremności jednych planów, a przeforsuje – choćby w części – te korzystne dla siebie. Szczególnie emocjonujące bywają partie z dwoma dominującymi, uznanymi za znawców, graczami próbującymi niby w białych rękawiczkach – ale jednak – wpływać na pozostałych grających.

Oczywiście są gry mało podatne na takie manipulacje i cicha rozgrywka niczym się nie różni od prób zagadywania.

Jednak sporo gier pozostawia znaczny margines decyzji, które ingerują w sytuację pozostałych graczy i wówczas sprawny negocjator, a może manipulator, osiągnie sukces jeśli pozwolić mu na wykorzystanie swoich talentów.

Wbrew pozorom może to mieć miejsce nawet w grach dwuosobowych! Mimo, że przeciwnik powinien być głuchy na wszelkie sugestie zdarza się udanie przekonać go do „optymalnego” posunięcia uzasadnionego większym doświadczeniem. Czy takie zwycięstwo jest fair? Z jednej strony podpowiadałem dobrze, ale czasem widziałem inny, ryzykowny manewr, który być może dałby większe korzyści przeciwnikowi. O ile przyjmując moją radę byłem spokojny, że wiem jak zareagować, to inny ruch mógłby mi sprawić więcej trudności. Bywa przecież i tak, że jest to element pewnej wojny psychologicznej… Przekonać przeciwnika, że i tak nie ma szans! Wygrać – zanim gra się rozpoczęła…

W grze wieloosobowej zdarza się, że pojawia się – pozornie nie związana z naszą sytuacją – „obiektywna” podpowiedź. Szczególnie cenna może być rada dla outsidera, która pozwoli pogorszyć sytuację przeciwnika bezpośrednio nam zagrażającego. Czy to jest fair? Niby gramy, a ja wskazuję dobry ruch czerpiąc z doświadczenia z danym tytułem. Ale pośrednio daje mi to korzyść i pozwoli, być może, wygrać o włos. Z drugiej strony jest to przekazywanie doświadczenia, które zapewne zaprocentuje kolejnymi rozgrywkami na wyższym poziomie. I satysfakcja z rozgrywek wzrośnie. Cień wątpliwości jednak pozostaje…

Zwłaszcza gry negocjacyjne (nie mylić z kooperacyjnymi) sprzyjają takim dylematom. Ileż razy udało mi się (czy to w Fasolkach, czy Chinatown) zaobserwować reakcję graczy na ofertę kogoś mniej im znanego. Pełna nieufności rezerwa… A z drugiej strony ten spokojny, doświadczony typ gracza, który niemal rozgrywa partię (i współgraczy) wedle swojego scenariusza… Czy to nadużycie? Ale przecież właśnie w takich grach mechanika opiera się na wykazaniu się zdolnością do przekrzyczenia (zakrzyczenia) innych swoją rewelacyjną ofertą…

Oczywiście pomijam tu pogwarki towarzyskie, bo często są one świetną wartością dodaną. Także inaczej traktuję partie zapoznawcze, czy to z grą, czy w nowym towarzystwie – tu musi się gadać.

I nadal nie wiem, czy nie lepiej siedzieć cicho… Ale obserwacja kapitalnych poczynań Leguna pozwala mi czuć się nieco usprawiedliwionym – gram wówczas w nieco inną metagrę: Jak zmanipulować współgraczy?

Temat jest o tyle niebanalny, że rozciąga się w pewnym sensie na granie przeciwko graczom spokrewnionym, dobrym znajomym itp. Na ile wówczas rozmowa jest przyczynkiem do rozgrywki, a na ile elementem zmawiania się przeciwko pozostałym grającym? W grach z elementem negocjacji dochodzi tu zwykły ludzki odruch – ufam Ci w życiu, to i teraz chyba mogę… Ale jak się od tego rodzaju zaszłości odciąć?

Ot, takie znaki zapytania po obserwacji iluś tam wielce różnorodnych partii…

  • Galatolol

    Myślę, że grając w cięższe euro, gdy przeciwnik zrobi EWIDENTNIE zły ruch, warto go uświadomić, bo co to za zwycięstwo przez nieuwagę?
    W grach, które nie są czysto konfrontacyjne/negocjacyjne wg mnie powinno się dawać tylko szczere rady, co ma miejsce w ekipach, w których przeważnie gram.

    • kwiatosz

      Ja zawsze rozważam – w szachach koncentracja jest tak ważna jak reszta gry. Teoretycznie w planszówkach nowoczesnych też tak jest, ale zależy to od rozbudowania aspektu towarzyskiego (co jest dużą zasługą unowocześniania gier). Kieruję się zasadą z kręgów finansowych – pierwszy błąd się wybacza, drugiego (takiego samego) – nigdy, jeżeli ktoś drugi raz próbuje przegrać grę przez przewrót w miejscu strategicznym to tym razem go nie powstrzymam.

  • WRS

    Słuszna uwaga… Mnie jednak zaciekawił nieco inny aspekt, bardziej subtelna sytuacja…

  • kwiatosz

    Niektórzy gracze potrafią w człowieku wykształcić jakiś taki lęk przed szkodzeniem im – bo potem jadą po poczuciu winy, że nie mają szans, że dla nich trud już skończony. Przez pewien czas nabierałem się na to, teraz staram się takiego gracza atakować najbardziej wychodząc ze słusznego założenia, że najbardziej zaboli tego, który się najwięcej broni.

    • WRS

      Jojczenie to co innego…
      W sumie takiego to nawet miło pojechać ;P
      Ale słuszna obserwacja, że elementem „gadania zamiast milczenia” bywa i granie na cudzą litość – dzięki!